Liście uciekają, słupki rtęci spadają, ludzie są i znikają, a ja wciąż uczę się, że należy brać każdą chwilę i niczego nie żałować.
Przechodnie oglądają się za mną na ulicy, kiedy maszeruję ubrana prawie w całą tęczę. Lubię być sobą, tak zwyczajnie. Bez dopasowywania się pod innych. Oczywiście sprawia mi przyjemność bycie kobiecą i pokazywanie tego czy owego, ale chwilami czuję się jak ładnie zapakowany towar na półce, który swoim wyglądem krzyczy "to właśnie mnie szukasz! tu jestem, weź na mnie!". Robi mi się niedobrze od tej powierzchowności, gdy to czy zainteresuję kogoś zależy od tego co, a raczej czego nie założę. Mam obrzydzenie do facetów i tego jak na nas patrzą. Nigdy nie będę żałować przeszłości, ale czuję że ma i będzie miała na mnie wpływ. Chciałabym wierzyć, że gdzieś ktoś na mnie czeka. Ktoś, kto nie będzie gwizdał za mną w mini, ale uśmiechnie się gdy będę biec przez ulicę ubrana w żółte martensy. Ktoś kto zanim rozbierze mnie fizycznie, będzie chciał rozebrać mnie emocjonalnie. Próbuję w to uwierzyć każdego dnia.